Tego
dnia, Caroline miała zacząć nowe życie. Zapomnieć o wszystkim,
co zdarzyło jej się w dzieciństwie. Chciała zepchnąć to
w ciemny głąb swojego umysłu i już nigdy nie wyjawiać. Musiała
zacząć żyć na nowo i stać się osobą, która chce zapomnieć o
swojej przerażającej przeszłości.
Dziewczyna
była młodą-siedemnastoletnią, wysoką brunetką o niebieskich
oczach i długich, czarnych rzęsach. Na nosie miała kilka
pojedynczych piegów, a policzki zawsze lekko zarumienione.
Wcześniej
mieszkała sama z siostrą, Kate, w małym miasteczku, w stanie
Nevada, lecz teraz postanowiła zamieszkać sama. Miała nadzieję,
że zmieniając miejsce zamieszkania, ucieknie od tego, co ją nękało
i będzie żyć, jak każda nastolatka.
„Przestań
się wszystkim przejmować!” -rozkazywała sobie w myślach
zdenerwowana i wpatrzona w krętą drogę, którą obserwowała
przez, nieco brudną, szybę samochodu. Krople deszczu spływały po
niej, jedna po drugiej. Odwróciła głowę w lewą stronę
spoglądając na kierowcę, którym był jej stary przyjaciel, Lucas
Wall. Znali się niemal od piaskownicy! Zawsze był przy niej zarówno
w czasie tych trudnych spraw, jak i tych radosnych, szczęśliwych,
godnych podzielenia się z innymi.
Dopiero
po jakimś czasie zorientowała się, że cały czas mu się
przygląda. Jego krótkie, jasne włosy były lekko potargane,
brązowe oczy skupione na drodze, a umięśnione ciało naprężone,
jakby był czymś zdenerwowany. Był bardzo wysoki i posiadał
idealnie zarysowane kości policzkowe, jakie Caroline wprost
uwielbiała u mężczyzn. Grał zawodowo w siatkówkę, w
amerykańskim klubie, jako rozgrywający drużyny.
Skupiony
był teraz na wyboistej drodze, którą pokonywali w milczeniu. Po
chwili uchwycił jej spojrzenie, a w jego oczach pojawiła się
szczera troska i żal.
-
Jak się czujesz? -zapytał niepewnie, od razu odwracając wzrok na
jezdnię.
-
W sumie, to dobrze. Cieszę się, że wreszcie mogłam uwolnić się
od tamtego miejsca. Mam zamiar zapomnieć o... -zorientowała się,
że nic nigdy jemu o tym nie wspominała -Nieważne. Hmm... Dzięki
za troskę. -odpowiedziała z westchnięciem i uśmiechnęła się
niepewnie w jego stronę.
Odwzajemnił
uśmiech i od razu spoważniał.
-
Ale w ogóle o czym chcesz zapomnieć? Czy stało się coś, o czym
nie wiem? -zmarszczył brwi bacznie obserwując jezdnię.
Nie
miała ochoty mu odpowiadać. Była na niego zła, że chciał dalej
ciągnąć ten temat, który miała już w najdalszych zakamarkach
pamięci. Dla niej, jeszcze pięć minut temu, była to tylko błaha
przeszłość.
Zauważył
jej wahanie nad odpowiedzią, więc rzekł zmieszany:
- Przepraszam...
Ja... -odchrząknął -Po prostu nie mówiłaś, że coś się
stało. A skoro chcesz o czymś koniecznie zapomnieć, to zgaduję,
że to coś poważniejszego.
Odpowiedziała
mu szybko nieco rozzłoszczona:
- Po
prostu nie lubię o tym rozmawiać, okej?
Lucas
zacisnął palce mocniej na kierownicy tak, że pobielały mu
kłykcie.
- Okej.
Nie musisz mi mówić, ale wiedz, że zawsze możesz ze mną o tym
porozmawiać. Po prostu martwię się o ciebie.
Podziękowała
mu za te miłe słowa i uświadomiła sobie, że właśnie dotarli na
miejsce. Lucas zjechał z głównej drogi i zaparkował samochód na
małym podjeździe. Koła samochodu hałasowały pod żwirowatą
nawierzchnią.
- Jesteśmy
-oznajmił i wskazał palcem stary budynek. - To twój nowy dom.
Dopiero
teraz spojrzała na wielką, nieco zniszczoną budowlę. Większość
okien była brudna i powybijana. Ze ścian domu zeszła cała farba.
Wokół posiadłości nie było też żadnej roślinności, jedynie
gęsto rosnące chwasty. Za domem, na polu, stał przestarzały
strach na wróble.
- Będzie
przy nim sporo roboty -powiedziała sama do siebie, obejmując
spojrzeniem całą posiadłość .
Lucas
wyjął z bagażnika samochodu jedną z kilku wielkich toreb i
zawiesił sobie na ramię. Chciała go wyręczyć, lecz on szybko
zaprotestował.
Weszli
do domu przez drzwi, które wystawały z futryny i ledwo się
zamykały. Caroline od razu otoczył intensywny zapach starości i
stęchlizny. Kurz gęsto unosił się w pomieszczeniu, przyprawiając
biednego Lucas' a o natarczywe swędzenie nosa. Rozejrzała się
dookoła. Naprzeciwko drzwi wejściowych znajdowały się ogromne,
drewniane schody. Przed nimi, po lewej stronie była nieduża kuchnia
połączona z jadalnią, zaś po prawej -duży salon z kominkiem.
- Ten
dom musi być „troszeczkę”-Lucas zaznaczył cudzysłów w powietrzu- stary.
- Jest
z czasów drugiej wojny światowej. Moi rodzice powierzyli mi go,
gdy zmarła moja babcia. To był jej dom. -Dziewczyna
uśmiechnęła się do siebie wspominając bardzo bliską jej osobę,
której obraz właśnie stanął jej przed oczami: Sympatyczna twarz
staruszki poorana była gęsto zmarszczkami, na czoło opadały jej
białe jak śnieg włosy. Bystre, niebieskie i błyszczące oczy
spoglądały w stronę Caroline, a usta szeroko wygięły się w
wielkim uśmiechu.
Lucas
głośno położył jej torbę na podłodze, przerywając rozmyślanie
dziewczyny, a zarazem powodując niewielki obłoczek kurzu.
- Rozumiem,
że mam zostać kilka dni i pomóc ci z remontem? Bo wiesz...to
bardzo duży dom. -wyszczerzył się do mnie pokazując dwa rzędy
białych, zdrowych zębów.
- Błagam,
nie przypominaj mi, jaki on wielki! -obdarzyła go błagalnym
spojrzeniem. -Myślę, że jednak przyda mi się para silnych rąk.
- Jasne.
Lucas Wall, zawsze do usług.
Zaśmiała
się razem z nim, a potem poszła w stronę kuchni, zobaczyć czy
jest coś do jedzenia. Otworzyła jedną z górnych szafek, z której
prosto w jej ręce wpadło opakowanie krakersów. Pamiętała, że
zawsze kiedy odwiedzała babcię, zastawała ją z krakersami i
herbatą, przed telewizorem.
Znalazła
niewielką miseczkę i wsypała zawartość opakowania. Odeszła od
szafki i zobaczyła małą, białą lodówkę. Sprawdziła, czy
urządzenie działa, tak jak należy. Działa, świetnie! Jednak, gdy
ją otworzyła poczuła okropną woń zgnilizny. Wyrzuciła do kosza
zepsuty pokarm. Zdziwiła się, że nikt nie zajął się domem, po
śmierci babci. Na pewno ucieszyłaby się, gdyby był on zadbały i
czysty.
Wróciła
do Lucasa, w ręku trzymając znalezione, nieco pokruszone krakersy.
Zobaczyła, że jej przyjaciel rozgląda się zaciekawiony po
salonie. Ona również zaczęła wodzić wzrokiem po starym
pomieszczeniu. Ściany były koloru jasno-różowego. Wisiało na
nich wiele dużych obrazów przedstawiających różne, kolorowe
krajobrazy. Na środku pokoju stała drewniana ława, a koło niej
znajdowały się dwa fotele i wielka kanapa w kwiaciaste wzory. Z
daleka było widać, że są bardzo zakurzone. Przed nimi mieścił
się mały stoliczek ze starym telewizorem. Dalej, był mały kącik
do czytania z wielkimi regałami z książkami.
- Twoja
babcia sporo czytała, co? -zauważył Lucas, po chwili zmienił
temat i zapytał cicho -Jak zmarła?
-
Podobno na zawał. Moi rodzice nic o tym nie wspominali -odparła
wzruszając ramionami. Jej babcia zmarła, kiedy miała dwanaście lat. Nikt nie lubił, kiedy wspominało się o jej śmierci.
Po
kilku minutach zupełnej ciszy, chłopak klasnął w dłonie
pocierając je o siebie. Caroline niemal podskoczyła. Po chwili
powiedział:
- To
co, kiedy bierzemy się do roboty? -zapytał podekscytowany.
Spojrzała
na niego z mieszanką goryczy i zdziwienia. Był naprawdę chętny do
ciężkiej pracy, co było do niego w ogóle niepodobne. Przecież
było tyle roboty! Musieli pomalować na nowo wszystkie ściany,
wymienić niektóre żarówki w oświetleniu, powyrywać chwasty i
skosić trawnik w ogródku, odkurzyć i przetrzeć wszystko z kurzu i
tak dalej, aż uzna się, że dom jest prawie jak nowy. Caroline
nawet nie wiedziała od czego zacząć.
- Za
chwilę. Myślę, że na początek...powinniśmy wynieść
niepotrzebne rzeczy, a potem zająć się odkurzaniem. -zarządziła.
- Tak
jest! -zasalutował jej z uśmiechem -Biorę na siebie piwnicę i
część pierwszego piętra.
- Okej.
Ja zajmę się strychem i pomogę ci przy pokojach. Pamiętaj, różne
pudła i przedmioty, które będą ci się wydawały niepotrzebne
zgromadź na korytarzu, abym mogła je obejrzeć i stwierdzić, czy
je wyrzucić. Dużo rzeczy na pewno było ważnych dla babci, więc
lepiej żeby zostały w tym domu.
Kiwnął
tylko głową i zabrał się do pracy przy pokojach na górze.
Dziewczyna
skierowała się za nim i zatrzymała w miejscu, gdzie na suficie
widniał nieduży, wcięty kwadrat. Otworzyła klapę długim kijem
z haczykiem i weszła na górę po wysuwanych schodach. Znalazła się
na strychu. Było tam zimno i ciemno, gdzieniegdzie znajdowały się
niewielkie dziury w dachu. Caroline wyciągnęła latarkę, którą
miała przy sobie. Zapaliła ją i ku jej oczom, dookoła niej,
ukazały się wielkie, papierowe pudła z napisami: McColberg.
Podeszła do nich i otworzyła jedno z ciekawości. Przejrzała jego
zawartość: same książki, zresztą jak się później okazało, w
większości pudłach.
Otworzyła
kolejne i poświeciła latarką do jego wnętrza. Zobaczyła w nim
stos czarno-białych fotografii. Przeglądała je po kolei. Na jednym
ze zdjęć było młode małżeństwo, a przed nimi dwójka małych
dzieci, trzymających się za ręce. Nikogo z nich nie rozpoznawała.
Równie dobrze mogła to być jakaś rodzina lub przyjaciele babci.
Dostrzegła jeszcze inną ewentualność. Możliwe, że w tym domu,
wcześniej ktoś już mieszkał. Mogła to być ta właśnie rodzina.
Stąd te pudła ze zdjęciami. Może poprzedni lokatorzy nie pozbyli
się pamiątek rodzinnych albo po prostu nie zdążyli, z powodu
śmierci, na przykład.
Nagle
dziewczyna usłyszała powolne kroki. Były ciche, jakby ktoś się
do niej skradał. Nie słychać było podeszwy butów, lecz miękkie
stąpanie po drewnianej podłodze, która wydawała głośne
skrzypnięcia. Były coraz głośniejsze, aż w końcu ustały jakby
ktoś przystanął. Czuła, że ktoś za nią stoi i bacznie ją
obserwuje.
- Lucas,
znalazłeś coś ciekawego? -zapytała przekonana, że jej
przyjaciel stoi za nią.
Cisza.
Nie otrzymała odpowiedzi. Stała tak do czasu, aż poczuła zimny
ciężar na ramieniu. Podskoczyła jak oparzona. Była zła na
Lucasa, że na początku skradał się do niej po cichu, a później
niespodziewanie dotknął ją w ramię. Odwróciła się, gotowa
wykrzyczeć mu w twarz, że mu odbiło, lecz nikt za nią nie stał.
Rozejrzała się dookoła siebie świecąc latarką po ciemnych
kątach. Nic nie dostrzegła. Tylko cisza i otaczająca ją ciemność.
Gdzieniegdzie szybko przebiegła mysz w poszukiwaniu pożywienia, ale
nic poza tym; żadnej żywej
duszy. Jej tętno gwałtownie przyspieszyło. Przyłożyła rękę
tam, gdzie poczuła ciężar. Jej skóra w tym miejscu była
lodowata. Pomyślała: „Równie dobrze kroki te mogły dobiegać z
dołu przez Lucasa. Moja wyobraźnia płata mi figle...” -pokręciła
głową rozczarowana swym zachowaniem. Ale jak miała wyjaśnić ten
dotyk?
Z
powrotem zajęła się przeglądaniem zdjęć. Kolejna fotografia. Ta
sama rodzina. Stare zdjęcie na tle domu.
W
pewnej chwili Caroline zauważyła coś dziwnego, a zarazem
niepokojącego. Dostrzegła, że na zdjęciu, które trzymała w
danej chwili, cała czwórka miała smutne, ponure miny. Wzięła do
ręki poprzednie fotografie i na każdej rodzina było przygnębiona
i posępna. Caroline była bardzo ciekawa, z jakiego powodu mają
taki wyraz twarzy .
Patrzyła
jeszcze chwilę na wszystkie fotografie, gdy znów coś usłyszała.
Tym razem było to powolne skrzypienie szyby okrągłego, witrażowego
okna. Dopiero teraz zobaczyła, że okno powoli otwiera się. „Wiatr”
-próbowała się pocieszyć. Zaczęły jej się trząść ręce, z
których wypadły zdjęcia. Próbowała się uspokoić. Dlaczego się
denerwowała?
- Lucas!
-krzyknęła do przyjaciela drżącym głosem. Chciała się
pocieszyć słysząc jego głos.
Od
razu po jej wołaniu, okno ze świstem zatrzasnęło się. Przerażona
dziewczyna prawie wyskoczyła ze strychu, zamiast spokojnie zejść
po drewnianych schodach.
- Lucas!
Gdzie jesteś, do cholery?!
Po
chwili w korytarzu zastała zdziwionego chłopaka, ocierającego
brudne ręce o spodnie.
- Co
jest?!
- Tam
na strychu...To było coś dziwnego. Ja... znalazłam zdjęcia i
wtedy... kroki i to okno! -tłumaczyła zdenerwowana.
Złapał
ją za ramiona i lekko potrząsnął.
- Dobrze!
Rozumiem! Uspokój się. Drżą ci ręce. -zauważył. -Choć,
usiądziesz. Zaraz mi wszyściutko opowiesz.
Ciąg dalszy nastąpi...
super blog :)
OdpowiedzUsuńzapraszam do mnie: www.justskinnylove.blogspot.com - na razie jest tam niewiele, ale mam zamiar coś napisać :)